Ostrożny Mercosur, lekkomyślna Bruksela. Jak Komisja robi z UE karykaturę demokracji

Umowa UE–Mercosur jest dziś najlepszym dowodem, że Bruksela coraz częściej nie pyta już „czy wolno”, tylko „jak to obejść”.

Fot. Charles Ricardo/Pixabay

Zamrożenie ratyfikacji umowy UE–Mercosur przez Parlament Europejski nie powstrzymało Komisji Europejskiej przed przygotowaniami do jej tymczasowego stosowania. Prawne wybiegi, presja Berlina i marginalizowanie europosłów pokazują, w jakim stanie znalazła się dziś Unia Europejska – formalnie oparta na traktatach, faktycznie rządzona politycznym dyktatem najsilniejszych państw.

Więcej praworządności jest najwyraźniej w… krajach Mercosur. Choć umowa została podpisana, w Brazylii, Paragwaju i Urugwaju coraz częściej słychać głosy, że ratyfikacja powinna poczekać na opinię TSUE. W krajach Mercosur słychać pytanie, czy sensowne jest ratyfikowanie umowy, której fundamenty prawne mogą zostać zakwestionowane po drugiej stronie Atlantyku?

Mercosur. Unia na skróty, demokracja w objazdach

Unia Europejska lubi opowiadać światu o praworządności. O standardach. O procedurach. O „europejskich wartościach”. Problem w tym, że gdy tylko te wartości zaczynają przeszkadzać w robieniu interesów – zwłaszcza interesów pod niemieckie potrzeby – są one składane na bok jak niepotrzebny balast.

Parlament mówi: sprawdźmy legalność. Komisja odpowiada: zastosujmy to i tak

Gdy Parlament Europejski zdecydował się skierować część umowy Mercosur do Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, był to akt elementarnej odpowiedzialności. Europosłowie wskazali realne zagrożenie: mechanizmy, które mogą pozwolić państwom Ameryki Południowej podważać unijne prawo jako „barierę handlową”.

Innymi słowy – jeśli UE zechce podnieść normy środowiskowe, sanitarne czy pracownicze, może zostać postawiona przed arbitrażem. Suwerenność prawodawcza w zamian za tańszą wołowinę i rynek zbytu dla europejskich samochodów.

Reakcja Komisji Europejskiej? Spokój, opanowanie i… szukanie bocznego wejścia. Tymczasowe stosowanie umowy, korekta prawna, automatyczne mechanizmy – wszystko po to, by Parlament mógł sobie debatować, a handel i tak ruszył.

Demokracja? Owszem. Ale niech nie przeszkadza.

Choć umowa została podpisana, w Brazylii, Paragwaju i Urugwaju coraz częściej słychać głosy, że ratyfikacja powinna poczekać na opinię TSUE. Politycy i prawnicy w regionie zaczynają zadawać pytanie, które w Brukseli najwyraźniej nikogo już nie interesuje: co jeśli Trybunał uzna część mechanizmów za niezgodne z prawem UE?

Berlin naciska, Bruksela pochyla głowę

Nie trzeba być szczególnie dociekliwym, by zauważyć, skąd ten pośpiech. Kanclerz Friedrich Merz otwarcie domaga się tymczasowego stosowania umowy. Niemiecki przemysł motoryzacyjny i eksportowy nie zamierza czekać na wyroki sądów ani na nastroje europosłów.

I tu dochodzimy do sedna problemu: Unia Europejska coraz częściej funkcjonuje jak federacja interesów, a nie wspólnota prawa. Gdy największe państwo chce przyspieszyć – przyspiesza się. Gdy mniejsze protestują – tłumaczy im się, że „procedury na to pozwalają”. Francja, Polska, Austria, Irlandia, Węgry? Odnotowane. Belgia wstrzymana? Zrozumiane. Ale kierunek już wytyczono!

Ameryka Południowa patrzy uważniej, niż Bruksela by chciała

Paradoks sytuacji polega na tym, że więcej instytucjonalnej rozwagi wykazują dziś… państwa Mercosur niż opłacani z podatków Europejczyków urzędnicy KE!

Choć umowa została podpisana, w Brazylii, Paragwaju i Urugwaju coraz częściej słychać głosy, że ratyfikacja powinna poczekać na opinię TSUE. Politycy i prawnicy w regionie zaczynają zadawać pytanie, które w Brukseli najwyraźniej nikogo już nie interesuje: co jeśli Trybunał uzna część mechanizmów za niezgodne z prawem UE? Czy sensowne jest ratyfikowanie umowy, której fundamenty prawne mogą zostać zakwestionowane po drugiej stronie Atlantyku?

Nawet w Brazylii – kraju najbardziej zainteresowanym dostępem do rynku UE – pojawiają się obawy, że tymczasowe stosowanie porozumienia może skończyć się prawnym chaosem i politycznym konfliktem, jeśli TSUE wyda niekorzystną opinię. Ironia europejskiego losu! Kraje Ameryki Południowej wykazują więcej szacunku dla europejskich procedur niż Europejska Komisja.

Na tym tle wyróżnia się Argentyna, gdzie prezydent Javier Milei forsuje szybkie włączenie umowy do porządku obrad Kongresu. To ideologicznie spójne z jego libertariańskim podejściem do handlu i regulacji.

Ale właśnie dlatego obraz Mercosur nie jest jednolity. Część państw regionu nie chce brać odpowiedzialności za umowę, która w Europie sama została objęta prawnym znakiem zapytania.

Unia, która sama pogrąża swój autorytet

Jeśli Komisja Europejska zdecyduje się na tymczasowe stosowanie umowy wbrew Parlamentowi Europejskiemu i przed opinią TSUE, skutki będą długofalowe. Po pierwsze – Parlament zostanie zdegradowany do roli statysty. Po drugie – TSUE stanie się instytucją „po fakcie”, opiniującą coś, co już działa. Po trzecie – UE straci moralne prawo do pouczania kogokolwiek o praworządności.

Mercosur nie jest więc tylko umową handlową. To lustro, w którym odbija się dzisiejsza Unia: pośpieszna, nerwowa, gotowa naginać własne zasady, byle zdążyć przed wyrokiem sądu. I to jest problem znacznie większy niż cła na wino czy samochody.

Stracą Polacy i nasza gospodarka

Dla Polski umowa Mercosur nie jest abstrakcyjną debatą o wolnym handlu. To konkretne zagrożenie dla rolnictwa, które już dziś funkcjonuje pod presją Zielonego Ładu, rosnących kosztów energii i restrykcyjnych norm środowiskowych.

Otwarcie rynku na tanią wołowinę, drób czy cukier z Ameryki Południowej – produkowanej według standardów, których unijnym rolnikom stosować od dawna nie wolno – oznacza nierówną konkurencję sankcjonowaną polityczną decyzją. Polski rolnik ma spełniać coraz bardziej wyśrubowane wymagania, podczas gdy import spoza UE wjeżdża na rynek bez tych samych obciążeń. To nie jest wolny handel. To systemowy dumping regulacyjny.

Jeszcze groźniejszy jest jednak wymiar konstytucyjny. Tymczasowe stosowanie umowy Mercosur – bez zgody Parlamentu Europejskiego, a co za tym idzie bez realnej kontroli parlamentów narodowych, oznacza obejście procedur, na których opiera się także polski porządek konstytucyjny.

Polski Sejm ma prawo decydować, czy państwo godzi się na zobowiązania międzynarodowe wpływające na gospodarkę, bezpieczeństwo żywnościowe i suwerenność regulacyjną. Jeśli Bruksela wprowadza umowę tylnymi drzwiami, to odbiera to prawo nie tylko europosłom, ale także polskim obywatelom.

Dziś chodzi o Mercosur. Jutro może chodzić o każdą inną umowę, każde kolejne zobowiązanie, które „tymczasowo” zacznie obowiązywać, zanim ktokolwiek zdąży zapytać społeczeństwo o zdanie.

Jeśli Komisja Europejska zdecyduje się zlekceważyć oczekiwanie na opinię Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, będzie to sygnał jasny i czytelny: prawo obowiązuje tylko wtedy, gdy nie koliduje z interesem najsilniejszych.

Dla Polski oznacza to jedno: albo dziś głośno upomnimy się o swoje rolnictwo i konstytucyjne kompetencje, albo jutro będziemy już tylko rynkiem zbytu, bez realnego wpływu na decyzje podejmowane ponad naszymi głowami.

 

Fot. Charles Ricardo/Pixabay
Exit mobile version