Tylko 11 linijek o II wojnie światowej w niemieckim podręczniku historii. „Wspólne okropieństwa obydwu stron”

Tylko 11 linijek o II wojnie światowej w niemieckim podręczniku historii. „Wspólne okropieństwa obydwu stron”

Atak Niemiec na Polskę, wrzesień 1939 r. Fot. IPN

11 linijek tekstu. Tyle w niemieckim podręczniku historii poświęcono agresji III Rzeszy na Polskę – wydarzeniu, które zapoczątkowało największą katastrofę XX wieku. W zamian uczniowie otrzymują wygładzoną opowieść o „wspólnych okropieństwach obu stron”, o Niemcach jako ofiarach i o wojnie, w której odpowiedzialność sprawców rozpływa się w moralnej mgle. To nie jest przypadek. To systemowe wypaczanie historii – pisze portal „Fronda” przywołując ustalenia autorów facebookowego profilu „Lemingopedia 3.0”.

Historia zredukowana do przypisu

W materiałach dydaktycznych serii „Horizonte” wydawnictwa Westermann, używanych np. w Berlinie i Brandenburgii, napaść na Polskę z 1 września 1939 roku zostaje sprowadzona do marginalnej wzmianki. Bez kontekstu, bez skali zbrodni, bez wskazania jednoznacznego agresora. Poświęcono jej jedenaście linijek zamiast rzetelnej lekcji o planowym zniszczeniu państwa polskiego, masowych egzekucjach, terrorze i ludobójstwie.

Taka narracja nie tylko banalizuje niemiecką odpowiedzialność, ale wprost fałszuje obraz wojny w świadomości najmłodszych odbiorców. Jeśli agresja jest epizodem, a ofiary są „po obu stronach”, to przecież znika pytanie o winę.

„Wszyscy byli ofiarami” – czyli nikt nie był winny

Według niemieckich edukatorów „ofiarami wojny są głównie Żydzi i Niemcy”, a ogólna konkluzja sprowadza się do stwierdzenia, że „obie strony dopuszczały się wielkich okropieństw”. Taki zabieg retoryczny prowadzi do moralnego zrównania kata z ofiarą.

Polacy – jako naród, który poniósł gigantyczne straty ludzkie i materialne – znikają z tej opowieści niemal całkowicie. Zamiast nich pojawia się narracja, w której niemieckie społeczeństwo przedstawiane jest jako zbiorowość „zniewolona, zastraszona i uwikłana w faszystowski system”.

Relatywizacja niemieckiej odpowiedzialności

Szczególnie jaskrawym przykładem są podręczniki z serii Horizonte wydawnictwa Westermann, używane m.in. w Berlinie i Brandenburgii. To właśnie tam dochodzi do konsekwentnego przesuwania akcentów: z odpowiedzialności niemieckiego państwa i społeczeństwa na rzekome „uwikłanie”, „przymus” i „brak sprawczości”.


„Mały Oświęcim”

Pod pretekstem potrzeby „izolacji małoletnich Polaków i wychowywania ich poprzez pracę, aby nie demoralizowali niemieckich dzieci”, w 1942 r. Niemcy stworzyli w Łodzi przy ul. Przemysłowej obóz. Nie chodziło jednak o demoralizację, lecz to, że byli Polakami. Przez Kinder-KL Litzmannstadt przeszło od 2 do ponad 3 tys. polskich dzieci. Ze względu na dużą śmiertelność miejsce to nazywano „Małym Oświęcimiem” >>> więcej

Apel w części obozowej dla chłopców – obóz przy ul. Przemysłowej w Łodzi, wiosna 1943 r. Źródło: IPN w Łodzi

Efekt? Młody Niemiec ma wyjść ze szkoły z przekonaniem, że jego przodkowie byli przede wszystkim ofiarami historii, a nie jej sprawcami. Że wojna „się wydarzyła”, a nie została zaplanowana i przeprowadzona przez konkretne państwo, ideologię i aparat terroru.

Niemiecka „polityka pamięci” i wybielania swoich zbrodniczych utopii

Nie mamy tu do czynienia z niewinnym uproszczeniem programu nauczania. To świadoma polityka pamięci, która ma długofalowe skutki. Wychowuje pokolenia obywateli niezdolnych do zmierzenia się z prawdą o własnej historii – i tym samym skłonnych do jej relatywizowania także w debacie międzynarodowej.

Jeśli agresja na Polskę mieści się w 11 linijkach, a odpowiedzialność rozmywa się w formule „wszyscy cierpieli”, to nie jest to edukacja. To manipulacja.

Co na to „brzydka panna bez posagu”?

Ten sposób pisania historii nie jest oderwany od teraźniejszości. Przeciwnie – idealnie wpisuje się w obecną sytuację polityczną i asymetryczne relacje polsko-niemieckie. Jeśli od najmłodszych lat niemieccy uczniowie uczą się, że odpowiedzialność za II wojnę światową była „rozproszona”, a Niemcy byli w dużej mierze ofiarami systemu, łatwiej dziś uzasadniać moralną wyższość Berlina i pouczanie Polski w sprawach praworządności, demokracji czy „europejskich wartości”. Relatywizacja przeszłości staje się fundamentem polityki dnia dzisiejszego – polityki, w której Polska ma być uczniem, a nie partnerem.

Ten mechanizm celnie i brutalnie opisuje facebookowy profil Lemingopedia 3.0, odnosząc się wprost do obecnej władzy i oczekiwań części polskich elit wobec Berlina. Warto zacytować fragment tego komentarza, bo doskonale oddaje logikę niemieckiego podejścia – zarówno do historii, jak i do współczesnych relacji:

„Do Polaków, którzy wybrali sobie na premiera półniemca z zamiłowania, mam tylko jedno do powiedzenia. Jeśli myśleliście, że Wasze posłuszeństwo wobec niemieckich gazet, portali i telewizji zostanie nagrodzone łagodnością, to tkwicie głęboko w błędzie. To w Niemczech jest odbierane jako słabość i przyspieszy Wasz koniec. Zero litości.”

Walka o prawdę historyczną  – o ileż bardziej o materialne zadośćuczynienie! – nie jest akademickim sporem o podręczniki, lecz elementem realnej gry politycznej. Kto pozwala sobie odebrać własną historię, ten prędzej czy później traci także podmiotowość. To właśnie dlatego poprzedni polski rząd był tak znienawidzony i zwalczany przez naszych „partnerów zza Odry”

Exit mobile version